Ciepły, słoneczny poranek
na rajskiej wyspie Bali. Miejscowi artyści odtwarzają dla turystów rytualne
taneczne przedstawienie Barong. Spektakl jest inscenizacją hinduistycznego
wyobrażenia odwiecznej walki między duchem dobra, Barongiem, i demonem zła – Rangdą.
Przystrojeni w egzotycznie, barwne i bogato udekorowane kostiumy tancerze
odgrywają role zwierząt, śmiertelnych ludzi i duchów do dźwięków balinezyjskich
cymbałów i innych tradycyjnych, dzwoniących instrumentów.
Pokaz jest o tyle
urzekający widokowo co niemalże naiwnie prosty pod względem treści. Okropny
Rangda chce pożreć złożonego mu w ofierze bezbronnego śmiertelnika, Sadewę, w
czym przeszkadza mu bóg Siwa, który darowuje Sadewie nieśmiertelność. Tak
wyróżniony Sadewa przeżywa swoją śmierć, poczym przybrawszy różne postacie, w
tym Baronga, walczy ze złymi stworami łącznie z Rangdą. Ten ostatni okazuje się
zbyt silny, by go ostatecznie pokonać, więc walka trwa i nigdy się nie kończy.
Słotny, jesienny wieczór w
mniej rajskiej ale równie sielskiej wiosce na Polesiu. Grupa wiejskich kobiet
zgromadzona wieczorną porą w domu jednej z uczestniczek spotkania odprawia
nowennę do świętego Stanisława Kostki. Odmawiane i śpiewane modlitwy
urozmaicają przypowieści z życia świętego, szesnastowiecznego potomka polskiego
rodu szlacheckiego. W wieku siedemnastu lat spełnia się, wbrew woli rodziny,
jego marzenie zostania jezuickim zakonnikiem, by rok później stracić życie
przez malarię.
Zgodnie z regułami i
tekstem nowenny pewne jej części są odprawiane na siedząco a inne na klęcząco.
Śpiewane litanie przeplątają się z mówionymi modlitwami i przypowieściami z
życia Stanisława. Czytane historie mówią o cudownych uzdrowieniach za sprawą
świętego, które niewątpliwie odegrały decydująca rolę w kanonizacji. Mały
chłopczyk, który bierze w nabożeństwie udział, jest nim równie zafascynowany
jak jego niespełna pół wieku starsza wersja w czasie spektaklu tańca Barong na
Bali.
Jakże odległy wydaje się
hinduizm od katolicyzmu a jak bardzo jest bliski. Tam pozornie wiele bóstw – tu
tylko jedno. Światli hinduiści zdają sobie sprawę, że istnieć może tylko jeden
wszechogarniający, nienazwany On. Świadomi są też, że ludzie mniej oświeceni
potrzebują wyobrażać go sobie w wielorakich postaciach ludzi, zwierząt czy
elementów natury nieożywionej. Katolicy natomiast uznają jednego Boga, ale
wierzą także w aniołów i świętych. Niejeden być może czułby wątpliwości, czy
nie ma w tym bałwochwalstwa, gdyby mu te święte, mniej doskonałe niż Bóg
postacie nie były potrzebne do szczęścia, tak jak panteon bóstw i duchów jest
potrzebny hinduistom.
Katolicy wierzą również,
że jeśli żyją w zgodzie z dziesięcioma mojżeszowymi przykazaniami, to po
śmierci pójdą do drugiego, lepszego świata, gdzie w towarzystwie podobnych
sobie jak też aniołów i świętych będą siedzieć po prawicy Boga. Hinduiści
natomiast, nie tak bardzo odlegli w tym względzie, wierzą, że po dobrze
przeżytym życiu dusza ludzka przechodzi do innej idealnej sfery, a za odstępstwa
od kodeksu moralnego można liczyć na szansę na poprawę poprzez reinkarnację.
Osiągniecie lepszej, pełnej formy istnienia może nastąpić niekiedy po wielu
reinkarnacyjnych wcieleniach.
Po usunięciu
powierzchownych podobieństw i różnic na dnie obu religii pozostaje wspólna
pozostałość, którą jest akceptacja głębokich pytań ludzkości: skąd wziął się
świat i jakie jest w nim nasze miejsce? Wspólnym mianownikiem tych dwóch i
innych religii wydaje się być szacunek dla wielkiej niewiadomej, która, wbrew zapewnieniom
nauki, ciągle pozostaje wielką niewiadomą. Czy świat powstał w większym czy
mniejszym wybuchu, czy stworzyła go taka czy inna boska istota – dla
religijnego w uniwersalnym tego słowa znaczeniu człowieka nie jest to ważne
tak, jak zaakceptowanie centralnego miejsca tych tajemnic w swoim życiu. Ta
rzadka dziś akceptacja kontrastuje z przeważającym zapomnieniem o tym w pogoni
za materialnymi korzyściami lub świadomym ignorowaniem jako nieistniejącego,
rozwiązanego przez naukę problemu.
W odróżnieniu od ufających
materializmowi i nauce jednostki prawdziwie religijne podążają w stronę
duchowego i intelektualnego, raczej niż materialnego, wzbogacenia. Obrawszy ten
kurs, nieuchronnie stają wobec przymusu trzymania się wąskiej ścieżki nakazów
kodeksu moralnego. Niejako wbrew własnej woli muszą iść tym tropem, choćby
nigdy nie słyszeli o przykazaniach Mojżesza czy o podobnych nakazach innych
wyznań. Nie mogą uciec od tej konieczności, bo poszukujący umysł podpowiada, że
jej centralna wiadomość „nie czyń drugiemu, co nie lubisz ty” jest wypisana w
liniach papilarnych ludzkiej dłoni i zakodowana w łańcuchu DNA.
Ci, którzy kpią z
religijności, widząc w tym przejaw wstecznictwa, lub ci, którzy otwarcie ją
tępią, to zwykle nieszczęśnicy pędzący na oślep pośród tłumu podobnych sobie
szeroką i nieskomplikowaną drogą materializmu, na którym postawiło ich życie.
Pośród nich znajdują się jednostki świadome w używaniu materialistycznej
ideologii i antyreligijności, pewne siebie, pyszne i zuchwale. Są między nimi
duchowi tyrani bez zrozumienia i szacunku dla wierzeń i uczuć innych ludzi ale
za to z zapałem misjonarskim, by przekonać wszystkich wokół, że nie ma niczego
poza materią i że szkoda czasu na zagadkę istnienia, bo jest rozwiązana.
Oferowane przez naukę
rozwiązania są jednak niekompletne w najlepszym wypadku, a nieuczciwe w
gorszym. Jak, bowiem, jeśli nie zakłamaniem można nazwać drwienie z religijnego
idealizmu lub walkę z nim, i jednoczesne używanie go w wersji Platona do budowy
matematycznych modeli, dowodzących słuszności fantazyjnych teorii. Tam
mistycyzm wyśmiany, tu wpuszczony tylnymi drzwiami. Tam pomaga milionom ludzi
osiągnąć pełniejsze życie, tu wspiera nieliczną grupę w robieniu karier i
pogoni za poklaskiem.
Dla tych, którzy wskazują
palcem na religię jako złowróżbny pretekst do używania przemocy, warto
przypomnieć, że jest to tylko jedna z wymówek, jakie mają do wyboru jednostki
okrutne i zachłanne. Lista pretekstów jest długa, a należą do niej kolor skóry,
pochodzenie etniczne, kultura, płeć, orientacja seksualna i zwyczajna fizyczna
słabość. Tak było, jest i będzie dokąd nasz instynkt, zgodnie z teorią Darwina,
podszeptuje, by nie pozostawać w tyle za innymi. Jednym z przejawów tego
instynktu przetrwania jest chęć dominacji, chciwość i okrucieństwo. Innym, o
którym mniej się mówi, jest odruch charytatywny. Podpowiada on organizmom
żyjącym w społecznościach, takim jak pszczoły, mrówki i ludzie, że przykrócenie
egoizmu i troska o innych mogą nie tylko pomóc w przetrwaniu, ale również
zapewnić bardziej harmonijną, godniejszą egzystencję.
Zwięzłym podsumowaniem
tych rozważań niech będzie konkluzja, że nie w religiach należy szukać przyczyn
chorób świata, ale w prawdziwej, uniwersalnej religijności można znaleźć
sposoby na ich uleczenie.